Pacjent lat 40 ... Przy przyjęciu zorientowany wszechstronnie, w nastroju płytko obniżonym, tok myślenia w normie, chwiejny emocjonalnie, napięty, skargi na deficyt snu i apetytu. Bez objawów psychotycznych. W oddziale spokojny, podporządkowany. Realizował zadania wynikające z Osobliwego Planu Terapii...
Kategorie: Wszystkie | ... | Teksty
RSS

...

niedziela, 05 stycznia 2014

Ostatnio naszły mnie różne życiowe konkluzje po rozmowach z Moją. Po wielu zaczepkach z jej strony na temat mojej intymnej przeszłości stwierdziłem, że kobiety nie szukają pięknych mężczyzn, tak jak faceci szukają pięknych kobiet. Kobiety szukają mężczyzn, którzy mieli piękne kobiety i mało która, jeśli tylko jest w jakimś stopniu atrakcyjna, poszłaby do łóżka z takim, który bujał się z jakąś szkaradą. Wstydziłyby się przed światem i koleżankami, że muszą być następczynią czegoś tak niedoskonałego i tak gorszego od nich samych. Idąc dalej tym tokiem rozumowania doszedłem i do innego wniosku – kobiety, zwracając uwagę na przeszłość faceta (ale bez przesady – w końcu jest zdrowa i coraz młodsza konkurencja na rynku), to jednak są w stanie iść na kompromisy i szukając, zwracają baczną uwagę na gości ze świetlaną przyszłością - a ci znowu dla odmiany - szukają lasek z dobrą przeszłością. Tu mężczyźni są ostrożni, żeby nie natknąć się na jakąś ze zbyt wybujałym ego na temat swojego powodzenia – i co gorsza - ze zbyt często owym ego skonsumowanym. Trzeba być więc ostrożnym w wyborach przez całe życie, bo ciągnąć się one mogą za człowiekiem tak niemiłosiernie, jak wątek przejścia z pokoju do pokoju w popularnych serialach. Zastanawiam się właśnie jak ciągnąć się będzie mój ostatni wybór – Moja. Martwię się czasem co będzie dalej gdy przyglądam się nam. A że oddalam sie od niej ruchem jednostajnie przyspieszonym, to perspektywę mam coraz lepszą i problem widzę szerzej. Zresztą - problem - nie problem. Się okaże.

- Kochanie…, opowiedz mi cos o swoich byłych, nigdy nic nie mówisz o swoim przeszłym życiu. – pyta mnie, a raczej zastawia sidła.

- Nie no… Przecież to bez sensu, nie będę ci nic opowiadał, bo po co nam to? Zaraz zaczną się jakieś bezsensowne porównania i tak dalej. Przecież ja cię nie pytam o twoje byłe życie. Czyż nie jest nam teraz dobrze? Tak po prostu, tak jak jest?

Nie jest. Mi przynajmniej nie jest. Jej zresztą też nie.

- Ale mówisz tak jakbyś miał coś do ukrycia.

- Nie mam nic do ukrycia. Poza pierwszą dziewczyną czy dwoma, wszystkie inne były pełnoletnie i do tego na 100% były kobietami, uwierz na słowo – ukłułem ją specjalnie żeby zamknąć ten głupi temat – kart szczepień nie żądałem, ale jak widzisz jeszcze się trzymam na nogach, więc wszystko odbywało się zgodnie z katechizmem – ukłułem na wszelki wypadek jeszcze raz, jakby pierwszego ukłucia nie załapała.

- Wiesz co? Jak masz się tak do mnie odnosić to lepiej w ogóle się nie odnoś. - Jednak załapała. Nie wiem za którym razem – ale załapała. Cwana.

Nie mam pojęcia po co ona się pyta o takie rzeczy. Podejrzewam, że chce mieć kilka dodatkowych argumentów na przyszłe – już zaplanowane  i jeszcze niezaplanowane awantury – gdy będzie mogła z zaszklonymi oczami i mordką w ciup rzucić mi jakąś kąśliwą uwagę o mojej przeszłości. Osobiście uważam, że jestem wierny. Nie napiszę, że wiem to, bo stosunki z Moją zaczynają mnie pchać w różne, nieznane mi dotąd zakamarki mojego mózgu. Do tej pory w każdym razie byłem najgrzeczniejszy z kolegów i dużej części koleżanek Mojej i nie szukałem przygód. Z natury jestem spokojnym monogamistą – seryjnym – ale jednak monogamistą. Myślę sobie, że jednak mógłbym popełnić ten wartościowy błąd i czasem zastanawiam się czy jednak nie wziąć sobie urlopu od monogamii. W końcu poniekąd ona sama mnie prowokuje kierując me myśli na byłe – a wiadomo – byłe zawsze smakują lepiej gdy ich już nie ma. A do tego jeszcze te nasze rozmowy….

- Słyszałeś że mają napisać czwartą część trylogii Millenium?

- Kochanie…, jak można napisać czwartą część trylogii? To oksymoron.

- Co?

- Nieważne. To się kupy nie trzyma. Trylogia nie może być w czterech częściach.  Cztery książki to będzie tetralogia. – trochę strzeliłem, bo tak naprawdę to nie byłem pewien nazwy, lecz ryzyko erraty ze strony Mojej było minimalne. Ale byłem pewien za to odpowiedzi.

- Jak zawsze się wymądrzasz, najpierw ten oksy-coś-tam, a teraz tetralogia. Weź się zastanów.

Muszę przyznać, że Moja ma trochę racji. Faktycznie się czepiam i mam coraz częściej wrażenie, że szukam dziury w całym w naszym związku. No, tą „dziurę w całym” proszę traktować tylko jako powiedzenie, bo nasz związek pomimo, że wciąż niby cały, to poszatkowany jest dziurami jak ser szwajcarski. Ostatnio coraz częściej przychodzi do nas matka Mojej. Chyba czuje nosem, że coś jest nie tak między nami. Zresztą ona czuła to już wtedy, gdy wszystko jeszcze było super – chyba nigdy jej nie pasowała najnowsza wersja zięcia. Pewnie martwiła się o moją przyszłość, czy podołam wrodzonym talentom, zaletom i wymaganiom córeczki. A teraz zjawia się regularnie, bo chyba się przekonała, ze nie podołam. Od znajomych słyszałem, że w ostatnim związku przede mną Moja też żyła w trójkącie – chłopak, mamusia i ona. Taka tradycja, nie ma chyba po tej stronie Odry właściwego kandydata.

Siedzimy przy stole w trójkę, one rozmawiają a ja jak zwykle słucham. Z premedytacją sam się nie odzywam od miesięcy i - najuprzejmiej jak tylko potrafię – odpowiadam tylko na zadane mi pytania. Sam się nie wychylam, bo już nieraz dostałem po łapkach ich uśmieszkami między sobą - gdy zacząłem opowiadać o pracy czy czymś takim. Wiem, wiem – za mało zarabiam, praca nie ta, nie dbam o zdrowie, jestem niemiły, ciągle czytam i nic w domu nie robię. Córuń zasługuje na więcej - dużo więcej. Tak, matka do dorosłej córki zwraca się per „córuń”… Więc sobie siedzę obojętny, patrzę jakby zwiać z psem na spacer ale póki co słucham.

- A wiesz córuń, że wyburzyli tą kamienicę na rogu ronda? Mają tam postawić te, te, no… KCF czy jak to tam. Z tym jedzeniem. Słyszałaś?

Następna artystka. Jak kurwa można wyburzyć cokolwiek na rogu ronda? Rondo to rondo i na mój stan wiedzy zazwyczaj nie ma rogów. Ja pierdolę. Nie wiem czy to ja mam takie nadwrażliwe ucho, czy sie czepiam, czy po prostu one mówią tylko to, co potrafią powiedzieć bez wysiłku myślenia. Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby nie syknąć na temat ronda, gryzę się w język, powstrzymuję się – ale jednak nie do końca daję radę.

- To nie KCF, to KFC, to skrót od Kentucky Fried Chicken – uśmiecham się najuprzejmiej złośliwie jak tylko potrafię. Obydwie jednak wiedzą, że to była szpileczka, że nie udało mi się powstrzymać i delikatnie ukłułem – tym razem Rodzicielkę. Moja rzuca na mnie okiem, zaciska lekko usta.

- Nieważna jaka nazwa. Jakby nie było, to bardzo niezdrowe jedzenie. I do tego polscy rolnicy na tym tracą.

- Ależ kochanie, przecież oni nie przywożą tych kurczaków samolotem ze Stanów tylko zaopatrują się lokalnie. Gdyby mieli je przywozić ze Stanów to kanapka by kosztowała ze 100 złotych… I wątpię kochanie czy jadamy zdrowiej w domu, już trzeci dzień odgrzewamy schabowe w panierce i smażymy frytki.

- Tak czy tak, tamto coś tam, jak ty to nazywasz, jest niezdrowe – kończy dyskusję mama nie obdarzając mnie nawet spojrzeniem.

Dobra, leję na to. Obowiązek wykonany, powoli wstaję i podaję rękę mamie Mojej.

- Trzeba wyjść z psem, pewnie już się nie zobaczymy - znów obdarzam ją najpiękniejszym uśmiechem z katalogu.

Ona świetnie wie, że to życzenie, a nie zwykła formułka na pożegnanie. Podaje mi swoją dłoń - jak zawsze sflaczałą, z uniesionym nadgarstkiem do góry, gotową do pocałunku. Zawsze tak robi choć wie, że jej się nigdy nie uda. Pewnie chce mnie kiedyś złapać w jakiś sprytny uchwyt, żebym oddał należne jej hołdy. Tak, jeszcze będę ją całował po rękach… Jeszcze mnie nie pojebało. Jak zawsze lekko się gimnastykuję i wyginam nadgarstek  pod takim kątem żeby tylko jej rękę jakoś chwycić. Udało się, łapię tą nieprzyjemnie miękką, spoconą dłoń i nie ściskając wysuwam swoją jak najszybciej pozostawiając jej w powietrzu. Gwiżdżę na Bandytkę – naszego psa.

- No to teraz panie sobie porozmawiają same – udając szarmanckość wycofuję się do przedpokoju. 

Wychodzę. Rety -  kiedy to się wreszcie skończy – myślę sobie rozglądając się tęsknię po ulicy za czymś, co mogłoby mi samym swoim widokiem zrekompensować ostatnią godzinę.

O! Jest, idzie... Kurczę…, niezła….

21:00, rushmoore , ...
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 sierpnia 2013

Nie wiem skąd u Tolka wzięła się ksywa Kangur, bo gość nigdy nie miał nic swojego, a torby to już na pewno u niego nie widziałem - co najwyżej reklamówkę, w której potrafił zmieścić większą część swojego dobytku. Kangur był lekko przytłustawym facetem po czterdziestce, ze wszelkimi tatuażami zaświadczającymi o jego długoletniej bytności w odosobnieniu – kropkami, pagonami, orłami, swoimi kolejnymi kobietami i tak dalej. Wszystkie osiągnięcia i zasługi w dziedzinach, które dla przyzwoitego człowieka-katolika były kompletnie obce, można było wyczytać z jego tatuaży. Bardzo ciekawa postać. Pomimo dość ulotnego wykształcenia i mocno ograniczonego środowiska w którym przebywał przez większą część życia, miał niesamowitą zdolność do opisywania rzeczy w sposób jednoznaczny i trafny. Uzależniony od wszystkiego co ta planeta miała do zaoferowania, potrafił filozoficznie stwierdzić:

- Wiesz co Michał, jak już mi brakowało trawy to szlak opalonych fifek ścielił stos stopionych spinaczy. No wiesz, spinaczy na gacie na balkonie.

Może trochę egzaltowane, ale cóż - taki miał styl. A czy dziwne? Nie do końca – otóż miał taki patent na opalanie fifek, żeby nie parzyć palców i czynność wykonać jak najbardziej skrupulatnie bo kasy jest mało a potrzeby są wielkie – opalał je trzymając je spinaczem nad gazem z kuchenki. Ot, cały pomysł, choć spinacze miał faktycznie w fatalnej kondycji. Facet przeszedł w swoim życiu kilkanaście detoksów i kilka terapii (oczywiście zasądzonych) i na koniec mi powiedział w tajemnicy, że skoro wciąż pije i ćpa, to oskarży lekarzy o błąd w sztuce lekarskiej... Ba! poszedł z tym nawet do jakiegoś znajomego z odwyku adwokata, ale ten mu szybko wybił to z głowy, gdyż Kangur nauczony życiowym doświadczeniem myślał, że tak jak się dostaje obrońcę z urzędu, tak samo dostanie adwokata, dzięki któremu on zaatakuje System. System to było jego ulubione słowo – więzienie było Systemem, sądy były Systemem, psychiatrzy byli Systemem, detoksy były Systemem. Ale już cela nim nie była, cela była miejscem - jak zawsze mi tłumaczył:

- Jak w celi jesteś Człowiekiem to cela zawsze będzie ci przytulna.

I choć ja nigdy nie siedziałem za nic i nie wybierałem się nigdzie to Kangur i tak wiedział swoje.

- Michał, ten System i Ciebie dopadnie. Posłuchaj sobie kawałek Kultu Wódka, to jest dopiero numer o Systemie!

Nigdy mu się nie przyznałem, że Kult świetnie znam i lubię, bo nie chciałem mu robić przykrości. Wiedziałem, że jest to jedyna piosenka z tego rodzaju, którą znał i którą szanował. Przypadła mu do gustu bo też była o Systemie i często mi ją dumny recytował z pamięci. Poza nią wszystkie jego przyśpiewki były lub wulgarne, lub rzewne – jak to kawałki więzienne. On zresztą był taki sam - z jednej strony ckliwy i wylewny, ale nawet w największych żalach czy wspominkach o śp. Mamusi nie zapominał między co drugie słowo wtrącić coś soczyście nieprzyzwoitego – takie swoiste przecinki – kurwy, felgi, cwele, papugi-adwokaci (to też ukłon w stronę Systemu), mendy itp. Raz na jakiś czas potrafił mnie pijany objąć i tak soczyście zakląć mi do ucha, że do tej pory wydaje mi się to być czystą poezją. Ale jak to człowiek po więzieniu, tylko sobie dawał prawo do objęcia faceta, nawet bliskim kumplom odruchowo nie ufał. Parę lat temu gdy imprezowaliśmy i byłem już trochę wyeksploatowany, dość nieoczekiwanie dla siebie i dla niego wstałem i powiedziałem:

- Kangur, weź mnie kurwa przytul jak tylko facet faceta potrafi!

Kangur się dziwnie spojrzał.

- Wiesz co, może teraz nie, może jak przyjdzie Świeca?

- Ale Kangur, Świeca powiedział, że dzisiaj nie przyjdzie…

- No właśnie, dlatego poczekajmy z tym kiedy przyjdzie.

Kangur potrafił zapędzić człowieka w kozi róg.


Moja się nie odzywa do mnie od jakiegoś czasu (dla nie znających Mojej, podpowiem, że jest odmiennej płci i że jest Moja). Pojechała zatankować i jej sprzedali ochrzczone paliwo i silnik się lekko przytarł. Coś koło tysiaka w plecy. Zawsze jej mówiłem żeby tam nie tankowała bo będzie w końcu dupa ale ona swoje, że zna „chłopaków” i wszystko będzie w porządku. Kiedy się lekko zdenerwowałem i coś rzuciłem o „chłopakach” zaczęła się delikatna – jak to u nas – ale jednak jatka. Nasza wymiana uprzejmości zakończyła się na tym że ją zawiodłem i że jak będzie tak dalej to:

- Zostawię cię i będziesz sobie musiał poszukać nowej ofiary!

- A czy Ty jesteś w tym związku ofiarą? Kiedykolwiek cię tak potraktowałem?

- Zobaczysz, masz wszystko a zostaniesz bez niczego!

- O czym Ty mówisz? Przecież mówimy tylko o tym że Twoi „chłopacy” ci opędzlowali lewą benzynę, to chyba nie powód chyba żeby mnie straszyć?

- Zobaczysz…

Co najmniej połowa naszych dyskusji kończyła się na „zobaczysz”. Zobaczysz to, zobaczysz tamto, a ja nie widziałem nic, i choć wydawało mi się, że widzę wszystko, to jak zwykle w słownych szrankach nie miałem z nią szans - wyobraźnię miała dużo większą. A przecież co będę miał zobaczyć i co widziałem to i tak na zawsze pozostanie już tylko moje i nikt nie będzie mi tym rozporządzał. Choć wielu rzeczy okropnie żal i wiem, że się już na nowo nie staną, to wspomnienia i tak są już tylko na własność. Przynajmniej to już wiem.


Kangur od dwóch lat nie żyje. Zostało się po nim wiele dobrego w mojej głowie. Tak naprawdę, to chyba same dobre rzeczy. To dlatego już nie boję się ludzi innych niż ja, bo dzięki niemu dojrzałem to, że nie ma nikogo bardziej innego ode mnie niż jestem ja sam. Też mi się wydawało, że jestem Jakiś, a czas weryfikował te spostrzeżenia po swojemu. Okazywało się, że zarówno dla siebie, jak i dla innych okazywałem się być odmiennym niż miałem być, niż mnie sobie wyobrażano. Chyba nie potrafiłem nigdy i tym bardziej teraz nie potrafię już odgrywać przydzielonej mi roli i czas będzie zacząć żyć po swojemu – z jakimikolwiek konsekwencjami będzie się to wiązało. Może jak zacznę być sobą to w końcu uda mi się uchwycić siebie samego we własnym kadrze, we własnej głowie. To Kangur nauczył mnie pogody ducha, dystansu do siebie i tego że choć czas leci do przodu, to większość ludzi leci do tyłu. Że ludzie się cofają zamiast rozwijać. To on mi uświadomił jak bardzo ja sam ten etap chciałbym mieć za sobą…

- Michał, pamiętaj. Jakbyś się nie odwracał to dupa i tak zawsze będzie z tyłu! Więc już się kurwa nie wysilaj, tylko żyj chłopie!

I jak mu było nie wierzyć?

02:28, rushmoore , ...
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 lipca 2013

- Cześć Baśka! Mam do ciebie małą prośbę…

- Boże…, ty prośbę? Ale naprawdę małą, bo my cię tu jeszcze pamiętamy…

(o co chodzi?)

- Chciałem tylko numer telefonu do Świecy…, ale nieważne…  - wymiękam i się rozłączam.

Rozmawiam z siostrą (tylko SIOSTRĄ!) mojej byłej dziewczyny, z którą rozstałem się 5 lat temu a ta mi tutaj „…bo my cię tu jeszcze pamiętamy”! A co ja im złego zrobiłem? Biłem, okradłem ich? Fajnie było jak byliśmy razem, jakieś życie się działo, żal mi teraz choć to już lata minęły. A teraz to tak sam się zastanawiam co jest bardziej bezczelne – czy to, że ta Baśka tak mi powiedziała, czy to że ja się bronię, że to niby niesprawiedliwe - bo gdzieżby ja? Dupa straszna, węzęł gordyjski i cała reszta najbardziej zagmatwanego syfu tego świata razem wziętego against my tiny problem! Najprawdopodobniej dzieje się to drugie, ale wciąż mam nadzieję że pierwsze, dlatego piszę, bo jak piszę to sobie wszystko układam, kolekcjonuję, coś przytulam, coś odrzucę i dzięki temu to jednak Słońce wciąż mi się w głowie kręci wokół Ziemi. Ale co mi tam, nie z takimi rzeczami sobie radziłem. Jestem wszak specjalistą w rozwiązywaniu problemów, które sam przed sobą stawiam. A propos tej dyskusji z Baśką - Świeca to najlepszy dealer w mieście a telefon próbuję namierzyć, bo gość wisi mi kasę. To chyba pierwszy taki przypadek kiedy dealer wisi klientowi kasę – ale cóż, tak to w życiu bywa. Był telefon, miała być zaraz kasa, nie ma telefonu, ciągle nie ma kasy. Jak w tym dowcipie: „Janek sobie kupił samochód!”; „Nie samochód, tylko rower i nie kupił, tylko mu ukradli”. Jak nie lubię kawałów, dowcipów, Drozdy, kabaretów i całej reszty - to takie prawdy życiowe jak ta – przypadają mi do gustu. Trudno, co robić. Nikt nie jest doskonały. Zresztą to też nieprawda, bo ja tez bywałem doskonały raz na jakiś czas w czyichś oczach, ale to już chyba na zawsze poza mną.

Dupa z tym Świecą straszna. Muszę puścić przelew za grzywnę, co kiedyś trzasnąłem policjanta drzwiami. Rety…., co była za chryja! Psy wchodzą jak na zwykłą interwencję: „puk, puk, najstarszysierżantjerzykowalskiaspirantzzamiłowania, mamy zgłoszenie” – i tak stoimy - nasza Trójca, ich Dwóch – razem Just 5. Wtedy postanowiłem trzasnąć drzwiami. Co tam się potem nie działo…., w Skandalach moja Babcia by tyle się nie naczytała co ja potem przeżyłem. W suce puścili gaz pieprzowy i mnie strasznie pogięło, na szczęście do dołka nie było daleko i jakoś wyżyłem. Ale potem na dołku - klasyczny dirty dancing... Bili mnie z 40 minut i to tak fachowo że miałem ledwie lekkie sińce pod powiekami – ale naprawdę niewielkie – no i poobijane kulasy, ale przecież kulasy sobie sam mogłem poobijać, prawda? I potem na szczęście dechy, koc i spokój. W nocy przydzielili mi jednego artystę – Artka - może miał z 18 lat, ale za to miał paragraf, który mógłby z powodzeniem opatentować: otóż chłopak szedł ulicą, potknął się i zerwał lasce łańcuszek z szyi! Czujecie? Potem się trochę ten cały Artek rozgadał, powiedział że w domu melina, on śpi po kumplach, ćpają, piją i kradną, chuj jeden panuje albo nawet Panuje. I że on sobie pomyślał, że jak go wezmą na Smutną, to on sobie tam jakąś zawodówkę zrobi, zawodu się nauczy i może coś jeszcze z niego będzie. Wstrząsnął mną facet. Siedzimy pod kluczem, gadamy a ten mi tutaj taką motywację zapodaje. Naprawdę niewiele trzeba żeby coś mądrego wymyślić. Gigant. Obiecał, że jak wyjdzie to obejdzie Polskę wzdłuż granic piechotą. Chłopie - świat jest twój - walcz tak jak ja nigdy nie potrafiłem! Ale tego drugiego mu nie powiedziałem bo jeszcze się do tego nie przyznawałem wtedy. I tak pomimo upływającego czasu ciągle ciepło o nim myślę i zastanawiam się co u niego. W każdym razie rano nas rozdzielili i to mnie na szczęście doprowadzili do wyjścia. Oczywiście wcześniej przesłuchanie, jakieś kartki, pouczenia, dobre rady - jak to od policjanta, co wie że dzień wcześniej kumple porządnie obtłukli aresztanta. Idzie zrozumieć w kilka godzin sens sformułowania "dobry i zły policjant". Ale wracając do meritum i początku tego lekko zawiłego wątku, to właśnie po to żeby spłacać te, jakże huczne okoliczności zawarcia tej wartościowej znajomości, musiałem zdobyć numer telefonu do Świecy. A jak tak sobie pomyślę do tego, że tak naprawdę to szukam numeru do SWOJEGO telefonu - to już mnie przenajświętszy strzela!

Na dworze lato, super pora na życie, ale co to za życie gdy popołudnia straszne a weekendy za długie i niepotrzebne. Horyzont jakby był coraz dalej i znów nie wiadomo co za nim jest. Tysiące myśli przez głowę, jakieś strzępki rozsiane po wszystkich zakątkach głowy i serca przeplatają się w niewyraźną całość, ale nawet w wyobraźni twarz ciężko dostrzec, bo mózg jeszcze z powodzeniem wypiera. Broni się, oddzielił się ode mnie i prowadzi własna politykę sukinsyn! O czwartej rano znów są myśli - czy to się śni – czy nie... nie..., nie śni mi się to, to prawda... O Boże... uśnij jeszcze, spróbuj, zawsze minie jeszcze z 3 godziny tego życia w bezbronności snu. Ze snem ciężko, walczyć trzeba o każdy kęs, z drugiej strony łóżko łatwo mnie nie puszcza. Czasem sam na tym się łapię że się trzymam kurczowo kołdry oglądając bezsensownie jeden program trzecią godzinę z rzędu. W tygodniu czas zajmują obowiązki. Wieczory jeszcze zostają, ale na szczęście mam promazynę i czasem biorę jak mi coś się kręci po rogach głowy. Ale rzadko – rano mam po niej  miękkie nogi i naprawdę nie przesadzam z lekami. W każdym razie białe, owalne, przyjazne pudełeczko stoi obok lampki i wielkiego kubka Nescafe z herbatą z rana. Nie wiem jak to jest, ale mój ojciec potrafi zrobić aż tak słodką herbatę która mi smakuje. Zresztą…., czego on nie potrafi. Potrafi niejedno czego ja jeszcze nie potrafię.

Ja za to jeszcze nie  wiem co potrafię. Na razie potrafię zebrać się w sobie i powiedzieć: „Wszystkiego najlepszego w DniU”. Kwiatka poślę oddzielnie.

23:32, rushmoore , ...
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 listopada 2012

Dzień jak co dzień. Dzwoni budzik, chociażby z tego powodu jest kiepsko, tym bardziej że już od 4.56 spoglądasz ca kilkadziesiąt minut nerwowo na zegarek…, a tu proszę…. Już 6.50, trzeba wstać, nowy pierdolony dzień nadchodzi.  Włączam sobie Trójkę, nasłuchuję wiadomości, trochę pogody, ale ogólnie to jestem w czarnej-porannej-rozpaczy… . Od rana czuję dyskomfort, chodzę po domu i pierwsze kilkanaście minut tracę na myślenie - sytuacja jest ogólnie wydaje się być do dupy, nie ma wyjścia, trzeba iść do kibla, odlać się, potem umyć ręce, twarz, zęby i pójść do kuchni zrobić sobie kanapki do pracy. Rano nic nie jem, nie mogę, wszystko mi rośnie w ustach, pije co najwyżej gorzką herbatę i potem około 10-11 zaczynam konsumować. Czasami w ciągu dnia jem ostrożnie – jedna kanapka, potem za dwie godziny druga i na koniec trzecia. Czasami jest szajba, o 10 pożeram wszystko i potem chodzę do sklepu i dokupuję spoglądając jednym okiem na Niedozwolone Półki. Na rekompensatę dokupuję pozaplanowo Liona i nerwowo go zagryzając zwiewam.

W sobotę Moja pojechała na zmianę opon. Ryzyko wydawało się być niewielkim – opony i tak musieliśmy kupić nowe na miejscu więc wybrałem model, umówiłem ją na godzinę, podałem typ samochodu, numer rejestracyjny, umówiliśmy godzinę – sam nie mogłem jechać, więc pojechała… po 15 minutach od wyjazdu dostałem pierwszego smsa:

: jeszcze czekam

: a już dojechałaś?

: tak, dojechałam. Nie rób ze mnie idiotki.

: aha. Ok. to czekaj.

Niech poczeka, ja na nią wiecznie czekam. Nie wiem czemu, ale Moja całe życie uważała i wciąż uważa, że cały świat jest dla niej w stanie wiecznej gotowości. Czy sobie wyobrażała, ze podjedzie z tymi oponami jak na pit-stop, gdzie w 8 sekund zmienią gumy, a ona, w białej apaszce, z powiewem we włosach, ciemnych okularach, kurtce ze skóry i rękawiczkach wykończanych czerwoną nitka odjedzie w mgle dymu z opon?  Nie wiem – w każdym razie Moja wróciła po półtorej godziny. Nawet była uśmiechnięta i tylko trochę podenerwowana, że mają bałagan, że nikt nic nie wie i że jakiś facet chciał się wepchnąć przed nią przed kolejkę, ale ona zachowała daleko idącą czujność (w co nie wątpię) i nie dała się chamowi obejść z flanki. Pokiwałem głową, uśmiechnąłem kilka razy, raz nawet pokazałem coś ręką, ale sam nie wiem co i po co i uznałem temat za wyczerpany. Na znak tego wziąłem ze stołu kartkę z serwisu i zacząłem się jej bez sensu przyglądać.

- kochanie, tu jest coś nie tak. Czemu oni wpisali wymianę pięciu opon?

- no bo wymieniłam pięć opon, tyle ile mamy w aucie!

- zapasowe też?!? Oszalałaś? Zapasowego się nie wymienia!

Już wkurwiona. Patrzy się na mnie przez zmrużone oczy, ma zaciśnięte usta, naładowana energią, wewnętrznie spięta i gotowa do skoku. Wie, że się zbłaźniła prawdopodobnie i nie wie jeszcze jak na to zareaguję. Czeka na moją reakcję, by sama zaatakować, lub przejść do porządku dziennego nad zaistniałą sytuacją. Odpuściłem, nie chciało mi się tym razem. Kosztowało nas to wyprawę i 30 zł za ponowne wymienienie opony w kole zapasowym.  Ale na wszelki wypadek załatwiłem to już sam.

Ostatnio ogólnie jej odpuszczam z różnymi rzeczami, i mam takie wrażenie, że jak przestaję ją poszturchiwać raz na jakiś czas słowem, to tak jakby mi od razu na niej mniej zależało. Albo, że jak mi na niej mniej zależy, to jej odpuszczam, czy jakoś tak. Dziwne to i sam zauważam, że nie do końca normalne – ale skoro się na tej myśli przyłapałem, to od się dzielę… To tak jakby miara naszego szczęścia była wprost proporcjonalna do miary naszego wkurwu. Jakoś tak to się poukładało w tym naszym pożyciu, że normalnie to już chyba nie będzie, bo skoro do tej pory nie było, to jakim znów prawem teraz miałoby być. I dlaczego? Ale bez przesady – nie wpadajmy znów w jakieś czarnowidztwo – aż tak powyższy problem mnie nie dręczy, dręczą mnie raczej obserwacje dnia codziennego, te śliczne okruszki, które spadają niewidocznie na ziemię, a zanim człowiek się obejrzy robi się z nich niezły syf. Syf wpada mi też ciągle do głowy uszami. Moja ostatnio strasznie dużo gada, po prostu nie przestaje gadać. Co gorsza, nie gada do siebie, tylko do mnie. Ciągle mi ma coś do zakomunikowania, nie zwraca uwagi na to że jak idzie w moja stronę to się zasłaniam gazetą lub książką, na nic nie reaguje – po prostu gada. Kiedyś gdy już w swojej bezsilności nie wytrzymałem i pierdolnąłem śmiechem, spytała:

- czemu się śmiejesz z tego co mówię?

- kochanie, ja się nie śmieję z tego co mówisz. Ja się śmieję z Ciebie.

Jak się można łatwo domyśleć, moja odpowiedź załatwiła to, ze Moja umilkła i to na dobry tydzień. Przykro mi się zrobiło, że tak jej powiedziałem, ale już nie dawałem rady z tym wszystkim co ona miała mi do przekazania – czyli niczym. Ogólnie mam okropne poczucie straty na wymianach poglądów z Moją, ale wygląda na to, że taki już po prostu już będzie mój los, skoro każdego innego się boję albo sobie nie wyobrażam. W każdym razie spróbowałem ją przeprosić, ale chyba się nie udało, więc sobie darowałem. Trudno, co robić.

Wieczorem ogarniam się szybko, prysznic, łózko, gazeta. Już wieczorem bywam poddenerwowany tym, ze rano znów będzie rano. Chłonę każdą chwilę świętego spokoju cały sobą, przymykam drzwi do pokoju, włączam The National (ostatnio najchętniej Boxera)i odpływam we własny świat. Wszyscy wiedzą, że to ten moment, kiedy najlepiej mi nie przeszkadzać, bo potrafię być niemiły, albo przynajmniej ignorować wszystkich wokół. Staram się nie myśleć o tym, że już za 9-10 godzin będzie rano, płaskie i smutne listopadowe światło znów przywita moją głowę na wpół schowaną pod kołdrą, z jednym, przerażonym okiem szeroko otworzonym i skierowanym bezsilnie w okno.  A drugim w siebie. 

18:49, rushmoore , ...
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 października 2012

Żeby puszczać sobie Christmas Card From a Hooker in Minneapolis i myśleć, że to najlepszy kawałek na poprawę nastroju, trzeba mieć naprawdę podły dzień, a takie często Mu się przydarzały. Życie miał cudownie tragiczne, ale jednak pachnące, przynajmniej tak mówił. Pomimo tych wszystkich potknięć o przeszkody, które sumiennie sam sobie stawiał na drodze, pomimo łez i złości, która go dopadała jak patrzył wstecz, to żył i wszystkim wokół tłumaczył, że jest szczęśliwy i prawdopodobnie nawet sam wierzył w to co mówi. No bo po co by to mówił skoro wiedział, że jest jedynym na świecie człowiekiem, który tak naprawdę jest w stanie w to uwierzyć? Ludzie znali Go nieźle, nie łudzili się co do Jego przeszłości a i o przyszłości mówili zawsze jak Hiszpanie zwykli pisać – stawiając na wszelki wypadek znak zapytania na początku zdania. O Nim inaczej się nie zwykło a i pewnie nie dało się mówić jak nadużywając znaków zapytania. Sam o tym wiedział dobrze, a że charakter nie pozwalał mu rozwiewać ludzkie wątpliwości, to każdym swym zdaniem – choćby to było solenne zapewnienie – mnożył te znaki zapytania, które lepiły się do Niego i otaczały Jego osobę swoistym nimbem. Nikt na Jego temat nigdy nie był niczego pewien, a ci którzy myśleli, że cokolwiek byli o Nim pewni, szybko zrywali wszelkie kontakty, gdy połapali się na tym w jak wielkim byli błędzie - oczywiście Jego obarczając winą za to, że:

- Skłamałeś.

A on tak naprawdę nie kłamał, po prostu nigdy nie mówił więcej niż dokładnie to, czego dotyczyło zadane mu pytanie. Nie wychodził poza temat nawet na milimetr, a że miał zdolność mówienia godzinami o tym samym, to stąd brali się ci nieszczęśnicy co uwierzyli, ze Go znają i potem wyrzucali mu nieszczerość czy wręcz kłamstwo. A On po prostu ściśle trzymając się zadanego przez interlokutora tematu odpowiadał na pytanie, wykorzystując wszystkie tajniki wiedzy o tym jak powiedzieć dokładnie wszystko, nie przekazując kompletnie nic. Ot – cała sztuka, a nie żadne tam kłamstwo.

Oczywiście miał też i wady – był podatny i przez to Popadał. Na przykład potrafił obejrzeć cały sezon Ligii Mistrzów, całą jesień wtorek-środa przed telewizorem, potem zimę przetrzymać bez meczów (ale w emocjach!) i znów z zapartym tchem oglądać całą wiosnę, żeby w ten wyczekiwany Wielki Majowy Finał nie wytrzymać napięcia i tak się zgrzać trzydziestoma tabletkami Acodinu, żeby nie pamiętać ani sekundy spotkania. Za to pamiętał, że leży na plecach, ściany normalnie żółte są teraz czarne, a do tego walą się, a dokładniej ześlizgują bez końca nie wiedzieć czemu. Gorączkowe spojrzenia w prawo i lewo nie poprawiały sytuacji a co najwyżej poważnie ją komplikowały, bo po lewej było okno na czwartym piętrze, które Go zawsze niepokoiło w swój jedyny, pociągający, kuszący i niebezpieczny sposób, a po prawej drzwi, przez które zawsze ktoś mógł wejść, choć jeszcze nikt nigdy nie wszedł. Rano gorączkowe przeglądanie internetu w poszukiwaniu wyniku meczu – też z ciekawości, ale przede wszystkim dlatego, że jak zadzwoni Ona – to przecież musi znać ten wynik, bo wyjdzie na idiotę co stracił ileś tam dziesiątek godzin życia i znów nie zobaczył tego co najważniejsze. Ale Ona rzadko dzwoniła, na dobrą sprawę to nie dzwoniła wcale, przynajmniej nie ostatnio. W każdym razie wynik przeczytał w necie, powtórki zobaczył w Teleexpresie i to musiało mu wystarczyć. Na pocieszenie pozostawała świadomość, że zapewne nie on jeden nie dał rady podołać napięciu i się zgrzał wtedy gdy akurat to było najbardziej bez sensu. Zresztą miał w tym wprawę, bo cokolwiek by nie zaczął w przeszłości kończył w zasadzie jak tamten sezon Ligii Mistrzów. Pielęgnował, chuchał, dmuchał, pieścił i głaskał, a jak przychodził Czas – nie wytrzymywał napięcia i w najlepszym wypadku znikał, a w gorszym kompletnie się szmacił. Wszyscy wtedy huczeli:

- Znów się szmaci!

No…, może z tym „wszyscy” to lekka przesada, ale na pewno mówiło tak wielu - szczególnie tych, którzy z wypiekami na polikach oglądali Jego wszystkie potknięcia i powstania, smrody i zapachy, plany i ruiny. Przyglądali się jego życiu jak dziwnej noweli, gdzie słońce przeplatało się epikryzą uczonych w sztuce przywracania do życia zeszmaconych iż: w chwili przyjęcia badaniem przedmiotowym z odchyleń od stanu prawidłowego stwierdzono: stan ogólny ciężki, w ograniczonym kontakcie logicznym, mowa bełkotliwa, niewyraźna. Ale po płukaniach, kroplówkach i innych ablucjach wracał do żywych, wyłączał telefon, ukrywał się z tydzień lub dwa i powoli zaczynał pokazywać – to tu, to tam.

- Jest i żyje, ale podobno tym razem o mało nie przesadził. Było już z nim ciężko, znajoma lekarka mi mówiła…

Tak mówili widzowie jego życia. Serial trwał dalej i to było najważniejsze, aktor co prawda był mocno poturbowany bo w swoim życiu nie używał kaskaderów ani sobowtórów a wszystkie niesłychane sztuczki wykonywał sam, a do tego mając zawiązane oczy. W każdym razie nic z nich nie pamiętał, a pamięć potrafiła Mu jedynie rozjaśnić – a i to w ograniczonym zakresie – oschła dokumentacja policyjna lub lekarska. Niektóre z tych dokumentów wlokły się potem przez jego życie ponaglane przez różnych sędziów, starszych aspirantów, komorników i resztę aparatu państwowego, który lepiej widział Jego na tym świecie niż On sam siebie. Ale to było nieważne - co jak co, uczciwy był – długi spłacał, listy od Władzy czytał uważnie, na wezwania się stawiał. Wiedział, że jest na cienkiej linii i lepiej nie ryzykować bo go capną i już nie puszczą, znał historie ludzi co to już mieli za sobą i wolał w tym wypadku – po raz pierwszy w życiu – uczyć się na błędach cudzych a nie swoich. Ale sam też nigdy nie miał pewności czy sobie tego nie wmawia, bo sam fakt Popadania oznaczał iż błędy są jednak własne, a nauki niezbyt pilne. No,  wmawiał sobie czy nie – siedzieć, nie siedział - dołków nie licząc, ale to może zdarzyć się najuczciwszemu obywatelowi. Tak sobie całkował w każdym razie, żeby nie popadać znów w Nastroje co to go mogły doprowadzić do Popadnięcia, a to do następnej dokumentacji medycznej, kolejnej epikryzy, kolejnych listów od aspirantów i szeroko rozumianego aparatu oraz  kolejny raz wyłączonego telefonu.

Ehhh…., można by tak pisać i pisać, ale na dobra sprawę to jakoś doszliśmy do punktu wyjścia. Więc jak komuś mało, to niech przeczyta od początku, a potem jeszcze raz i jeszcze, bo tak właśnie Jego życie wyglądało – jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze…. . Może tym razem się uda… Może tym razem tak sobie zręcznie rzuci następną przeszkodę pod nogi, że jej sam nie zauważy i pójdzie dalej. Bo to że rzuci, to raczej pewne – ale to że jej nie zauważy, to już chyba mniej.

Widzowie zaś stali niczym grecki chór i komentowali Jego życie co to końca nie miało, bo toczyło się jak koła pociągu... stuk, stuk, puk, puk, stuk, stuk, puk, puk, puk…

 

19:11, rushmoore , ...
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
trwa inicjalizacja, prosze czekac...darmowe próbki